Zwiastun był świetny. Zapowiadał momenty, w których będziemy wybuchać śmiechem. Tyle, że w zwiastunie są wszystkie śmieszne gagi – z całego filmu. „Święty interes” trudno nawet uznać za komedię. Rozpoczyna się pogrzebem, kończy powodzią, a jeden z braci ma poważny problem z hazardem. W tym wszystkim na dodatek konflikt na tle religijnym. Czyli Polska na całego.
Polacy nie raz udowodnili, że można nam zazdrościć poczucia humoru. Komedie takie, jak „Miś”, „Seksmisja” czy „Kiler”, uchodzą za kultowe. Idąc na „Święty interes”, reklamowany właśnie jako komedia, spodziewałam się takiego rodzaju
humoru, co w wyżej wymienionych filmach. Zamiast tego dostałam film obyczajowy o polskiej wsi. Pomijając to, że w każdej scenie aż roi się od typowych stereotypów (Polak-katolik, Polak-alkoholik, Polak-złodziej), to nie byłoby problemu, gdyby tylko dialogi i postacie prezentowały sobą choć najmniejszą dawkę humoru.
Dwaj bracia wracają do domu po śmierci ojca, obaj oczekując wielkiego spadku. Okazuje się, że cały majątek został przekazany na fundację religijną, a synowie zmarłego otrzymali tylko starą stodołę i samochód. Warszawa M-20 nie jeździ, ale we wsi chodzą plotki, że auto należało wcześniej do Karola Wojtyły. Ludzie twierdzą, że samochód potrafi uzdrawiać, a jedna z mieszkanek, dzięki pielgrzymkom do samochodu, zaszła w ciążę. Pomysł na film całkiem w porządku – miało być oryginalnie, śmiesznie i po polsku.
Tyle, że aktorzy zawiedli na całej linii. Duet Piotr Adamczyk i Adam Woronowicz (pierwszy grał wcześniej Jana Pawła II, drugi księdza Jerzego Popiełuszkę), okazał się totalną pomyłką. Wiadomo, że są znanymi aktorami, ale w „Świętym interesie” nawet nie posilili się o chęć bycia zabawnymi. Woronowicz stworzył kreację delikatnego hazardzisty, a Adamczyk zdesperowanego emigranta. Rozumiem, że prawdopodobnie takie było pierwotne założenie, ale dlaczego nie dodać chociaż trochę dowcipu, żartu, kawału? Apogeum osiągnęła Patricia Kazadi, która zamiast śmiechu, wzbudzała totalną irytację. Standardowo, jak na polskie filmy przystało, najlepiej wykazali się aktorzy drugoplanowi. Jeżeli znajdzie się cokolwiek pozytywnego w tym filmie, to właśnie dzięki nim.
Liczyłam, że „Święty interes” pokaże to, z czego wszyscy Polacy uwielbiają się śmiać. Być może moja ocena filmu jest tak niska właśnie przez zbyt duże oczekiwania. Spodziewałam się żartów, śmiesznych momentów i standardowo kilku scen poważniejszych. W zamian za to mamy obraz polskiej wsi. I to obraz trochę pomylony. A najgorsze ze wszystkiego są dialogi, zwłaszcza: Cud? – Nie. In vitro. Po prostu żałosne.
Tekst: Ada Struś