Wyobraźnia - siostra szaleństwa, czyli "justyna" teatru Korba

czwartek 11 marca 2010




Teatr Korba ma już swoją krętą historię, chociaż wciąż jeszcze niewielu miało przyjemność zapoznać się z jego dokonaniami. Zaczęło się w 2001 r. od teatru studenckiego Wkrętsemble. Po licznych perturbacjach związanych m.in. ze zmieniającym się składem, w 2007 r. powstało Stowarzyszenie Teatr Korba.  4 marca w Zespole Szkół ALA artyści zaprezentowali wznowienie spektaklu „justyna” (premiera miała miejsce w lutym 2008 r.) na podstawie „Justyna, siostra mojej” Małgorzaty Mroczkowskiej.


   Przedstawienie zaczyna się od zarysowania sylwetek dwóch sióstr (Marzena Gabryk i Zuzanna Mikołajczyk). Przedmiotem sporu między nimi jest zagubiony kot, pełniący narzuconą mu rolę dziecka. Szybko można się zorientować, że jedna z sióstr jest chora na umyśle i wymaga opieki drugiej. Tyle że... szybko też okazuje się, iż trudno tak naprawdę stwierdzić, która z nich. Kiedy do akcji dołącza Doktor Brock (Tomasz Rytwiński), terapeuta, sytuacja zamiast rozjaśnić, komplikuje się jeszcze bardziej.

   „justyna” to przejmująca historia o psychodelicznym zabarwieniu, która zmusza do zastanowienia się i własnej interpretacji niektórych scen. Do końca nie wiadomo tutaj, kto racjonalnie odbiera rzeczywistość, a kto tę rzeczywistość zmyśla, próbując zatuszować swój ból. Przesłaniem spektaklu jest sugestia, że w każdym z nas drzemie pewna doza szaleństwa, czy też chorej wyobraźni, którą chowamy gdzieś wewnątrz siebie. Cały efekt dopełnia tutaj sugestywna gra świateł, adekwatna muzyka (Rafał Rudawski) oraz oszczędna, ale jakże dobrze dobrana, scenografia autorstwa Andrzeja Kabata oraz Tomasza Rytwińskiego. Bohaterowie krążą od surowego stołu, będącego jednocześnie tajemniczą skrzynią, do huśtawki, która w kluczowych momentach skąpana jest w mrocznym czerwonym świetle.

   Gra aktorska zaskakuje wysokim poziomem. Trzeba jednak przyznać, że w reżyserii (znów Tomasz Rytwiński) coś nie do końca zagrało. Zabrakło „dramatu” w tym dramacie. Owszem, jest przedstawiona niezwykle ekspresyjnie tragiczna historia, ale widz nie ma możliwości wczucia się w powagę sytuacji, ani emocjonalnego związania się z którąkolwiek postacią. Nie ma pewnej teatralnej pauzy, niedopowiedzeń, czy też żadnego kontaktu z publicznością. Kolejne wydarzenia są wystrzeliwane w widza jakby po przecinku, przez co nad ważnymi wątkami zastanowić się może co najwyżej w domu. Pozostaje więc pewien niedosyt, tym bardziej, że „justyna” trwa zaledwie 50 minut. Pomimo drobnych zgrzytów jest to spektakl, który warto zobaczyć. Teatr Korba udowadnia, że nie boi się wyzwań artystycznych oraz trudnych tematów. Zapewne jeszcze nie raz będzie o nich głośno.


Tekst: Emilia Głuszek

Foto: Filip Lupa

 

więcej artykułów




Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing