Polish magic, African wizard - relacja z koncertu Richarda Bony

środa 17 marca 2010




Ostatnia, marcowa niedziela, dla większości z nas kojarzyła się jedynie z nic nie znaczącą mazią błotno-śniegową i temperaturą, dającą do zrozumienia, że z domu jednak nie warto wychodzić. Kto jednak wcześniej ubiegł zimę i kupił bilet na koncert Richarda Bony we wrocławskiej Wytwórni Filmów Fabularnych, z pewnością znalazł się choć przez chwilę w zupełnie innym, wymarzonym świecie – pełnym mistrzowskich improwizacji jazzowych i fuzji muzyki rozmaitych zakątków świata. W miejscu, w którym przewodnikiem jest głos i gitara Richarda Bony.


   I kto mówi, że trzeba kupować gitarę? –  zapytał Jack White w scenie otwierającej film „It Might Be Loud” („Będzie głośno”). Nie mylił się, konstruując w międzyczasie gitarę z deski, kilku gwoździ, butelki i jakiegoś sznurka. Nie zdziwiłoby mnie, gdyby tych samych słów użył przeszło 30 lat temu w afrykańskiej wiosce kilkuletni Kameruńczyk, któremu świat bije dzisiaj pokłony, a o którym nie słyszelibyśmy w ogóle, gdyby nie pierwsza gitara zrobiona własnoręcznie dzięki pożyczonym ze sklepu rowerowego linkom hamulcowym. W końcu muzyka to nie tylko puste granie na instrumencie, ale przede wszystkim zrozumienie tej magicznej „mowy ciała” kawałka drewna i paru strun. Nawet najlepszej marki instrument nie znaczy nic poza swoją ceną, jeśli nie trafi w ręce prawdziwego wirtuoza. A Richard Bona jest nim bez wątpienia.

   Na niedzielny koncert we wrocławskiej WFF bilety rozchodziły się w błyskawicznym tempie. Ale czy mogło być inaczej? Bona już kilkakrotnie odwiedzał kraj nad Wisłą i Odrą, za każdym razem mogąc liczyć na gościnność i wsparcie naszej publiczności. Tak było i tym razem, co najmocniej chciałbym podkreślić. Chociaż do afrykańskiej spontaniczności i tańców może jeszcze daleko, to i tak pozytywnej energii nie brakowało, a dialog między muzykiem a widownią rozkwitał z utworu na utwór. Błyskotliwa konferansjerka z pewnością nie jest domeną większości artystów, jednak nasz „Rysiu” pokazał na scenie prawdziwy luz i świetny warsztat teatralny – niejednokrotnie to połączenie skutkowało salwami śmiechu i gromkimi oklaskami. Jazz w jego koncertowym wydaniu byłby w stanie polubić chyba każdy. Kilka razy byłem już w Polsce na koncertach muzyków z Czarnego Lądu i nigdy nie wychodziłem zawiedziony, zapewne tak samo, jak artyści, którymi polska publika zwyczajnie nie może się nacieszyć. Coś w tym jest, bowiem nawet język duala, którym najczęściej w swoich tekstach posługuje się Bona, nie stanowi muru między, wydawałoby się, tak odległymi od siebie kulturami. Widać Słowianie i Afrykańczycy mają więcej wspólnego niż można by przypuszczać.

   Bona, który latami kojarzony był głównie jako niezastąpiony sideman – grał u boku takich sław, jak Joe Zawinul, Harry Belafonte, Mike Stern, Pat Metheny, Brandford Marsalis, Bobby McFerrin i wielu innych, także przy okazji swoich solowych projektów zapewnia dawkę pełnego profesjonalizmu spośród towarzyszących mu muzyków i niesamowitej siły ekspresji. Na wrocławskim koncercie cała kompania pokazała wspólny geniusz i z pewnością nie było to przedstawienie jednego bohatera. Adam Stoler – gitara, Mike Rodriguez – trąbka, Obed Calvaire – bębny i Etienne Stadwijk – klawisze, stworzyli u boku Richarda Bony bezbłędny kwintet, który serwował świetnie zaaranżowane utwory znane z poprzednich albumów, jak i najnowszej płyty zatytułowanej „The Ten Shadows Of Blues”, wydanej pod koniec 2009 r., czyli równo dekadę po swoim solowym debiucie „Scenes From My Life”. I tak w wypełnionej sali WFF zakrólował jazz, salsa, blues z induskim tłem (zaskakująca Shiva Mantra, nagrana w Bombaju) i elektronika, a nad wszystkim czuwał afrykański duch Richarda. Wśród porywających improwizacji nie mogło zabraknąć melodii autorstwa Jaco Pastoriusa, którego muzyka była dla Bony bramą do świata gitary basowej i jej niespotykanych wcześniej możliwości.

   Tak, jak Pastoriusa określa się Hendrixem basu, i Richardowi z góry przylepiono łatkę „afrykańskiego Stinga”… Jak widać, nawet w tej kwestii cień europocentryzmu wciąż zdaje się pokrywać umysły zmyślnych pr-owców. Myślę, że człowiekowi, którego muzyka porywa w każdym zakątku świata, i który miał z nią styczność, odkąd był w stanie wydobyć z siebie i swoich własnych instrumentów pierwsze melodie, nie są potrzebne wielkie przydomki i porównania do „naszych” największych sław. Bona, który na scenie tryska wręcz optymizmem i szerokim uśmiechem przez blisko dwie godziny, z pewnością ma świadomość siły, z jaką jego muzyka uderza do serc i umysłów słuchaczy. Raz zaprasza do wspólnego klaskania i śpiewania, innym razem potrafi zmusić publiczność do skupienia, wypełniającego ciszą całą przestrzeń, otwartą jedynie dla jego głosu i paru strun gitary.

   Pozostanie sam na sam z głosem Bony daje piorunujący efekt. Nic to, że obok nas jest kolejnych kilkaset uszu niecierpliwie czekających na każdą kolejną nutę. Bona udowodnił, że delikatnym wokalem jest w stanie zbudować całą orkiestrę, dzięki zastosowaniu nowoczesnej techniki loop station, czyli urządzenia zdolnego nagrywać rozmaite frazy i odtwarzać je w czasie rzeczywistym. Polish magic – powiedział wówczas. Czuć, że spotkanie McFerrin’a i wspólne z nim muzykowanie miało niewątpliwy wpływ dla charakterystycznej wokalizy kameruńskiego artysty. I mimo że nikt nie jest ciągle w stanie prześcignąć mistrza improwizacji głosowej, Bona pokazuje, jak obok Urszuli Dudziak, czy magika beatboxu Dub Fx’a skutecznie potrafi stworzyć niesamowity spektakl, dzięki swojemu śpiewowi i technice. A jeśli dołożyć do tego przekomiczną grę aktorską, to czy można chcieć czegoś więcej?

   Dla wciąż spragnionych muzyki Richarda Bony nie pozostaje nic innego, jak spieszyć po ostatnie okazje biletów na koncerty w Łodzi (28.03) i dzień później w Kędzierzynie–Koźlu. A z czystej formalności i nieskrywanej euforii przypomnę jedynie, że już 20 marca kolejna gwiazda, „złoty głos Afryki”, czyli Salif Keita!

Tekst: Łukasz Porębski

Foto: Jarosław Pępkowski, Sławomir Bernaś

 

 


więcej artykułów




Dodaj do:







Komentarze


Brak komentarzy.


Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing