W niedzielę w klubie Strefa W-Z odbył się koncert Lipali oraz Hetane. Początek koncertu planowano na godzinę 19.30. I rzeczywiście, ludzie spragnieni muzyki stawili się punktualnie i zajęli miejsca w pierwszej, większej sali. Na nic jednak się to nie zdało, bo minęła 19.30, a kurtyna nadal oddzielała melomanów od salki koncertowej. W końcu jednak zaproszono fanów do środka, gdzie już na scenie szykował się do występu zespół Hetane.
Kilka słów o Hetane. To młody zespół, który ma na koncie jedną płytę – wydaną w zeszłym roku. Ładnie wpisuje się w scenę
polskiego industrialu. Osobiście nigdy nie miałem z nimi styczności, tym bardziej byłem mile zaskoczony.
Hetane rozpoczęło koncert tradycyjnym powitaniem i zaprezentowało w pierwszej kolejności utwór „Hard”. Hasła „industrial” oraz „alternative”, zamieszczone w opisie zespołu, nie były mylące! Ta grupa, młoda duchem i ciałem, wykonywała precyzyjnie swoją część. Grali ładnie, składnie i w nutkę. Co dziwne, po każdym utworze robili przerwy, a wokalistka, Magda Oleś, dziękowała wszystkim uprzejmie. Z drugiej jednak strony, pod sceną jedynie mała grupka słuchaczy prezentowała w pełnej okazałości swój afekt dla zespołu – widać było, że fani zespołu Lipali, którzy przyszli w znacznej przewadze, niekoniecznie palą się do oklaskiwania Hetane. Nic to jednak. Energia przepełniała muzyków – basista godnie prezentował się na scenie i skupiał na sobie część uwagi dzikimi podskokami i wymachami ramion (niczego przy tym nie zniszczył), jednak nie ściągał jej tak skutecznie, jak LIJEN (Magda Oleś), która swoją urodą i pięknym głosem, wyłaniającym się zza żywej perkusji i trashowej gitary, czarowała zebranych. Żar bijący ze sceny skłonił ją nawet do odważnych propozycji zdjęcia odzienia, a w skrajnym momencie do nachylenia się nad wentylatorem (?!). Ich popisy trwały prawie godzinę. Zaprezentowali takie utwory, jak „Wild Woman”, „Nienawidzę” i „Machines”. Ciekawym dodatkiem była nikomu jeszcze nieznana piosenka, która ma się ukazać na kolejnej płycie zespołu. Swoją część koncertu zakończyli bez bisu.
Następnie przygotowania na scenie (w mojej ocenie długie i nieudolne) rozpoczął zespół Lipali. Zespół gra od 2003 roku. Jego wokalistą jest Tomasz „Lipa” Lipnicki, były frontman Illusion. Po tym koncercie spodziewałem się wiele dobrego. Muzycy, którzy wyszli na scenę, robili wrażenie. Z racji niewielkich jej rozmiarów publiczność mogła nawiązać z nimi bezpośredni kontakt. Nastąpiło wesołe powitanie, dowiedzieliśmy się, że Lipa pamięta, iż był tu wcale nie tak dawno i wciąż ciepło o wrocławskich fanach myśli.
Grając jednak, nie sprawiali wrażenia stęsknionych. Jak się okazało, pierwsze 20–25 minut koncertu, przetykane było problemami technicznymi – muzycy robili jednak dobrą
minę do złej gry i grali dalej. Odbiło się to na długości koncertu – prawie dwie godziny, w tym bis, na trzy utwory. Duże doświadczenie i bogaty repertuar dały dobry efekt i koncert potoczył się z werwą naprzód. Wcale nie tak młody Lipa skakał i popisywał się swoimi umiejętnościami gry na gitarze – widownia doceniła to i z radosnymi okrzykami na ustach urządziła niewielki „kocioł” pod sceną. Oddawała swe pokłony szczególnie odwołując się do Lipy, na co ten, zniecierpliwiony, odparł, że nie jest tam sam. Wtedy zmieniono okrzyk na pełną nazwę i wołano: Lipali. Współpraca zespołu z widownią była niesamowita, jednak wątpię, by każdy fan zespołu po tym koncercie czuł się usatysfakcjonowany. Zespół wyzwalał emocje, lecz osobiście spodziewałem się czegoś więcej. Przyznam, że Hetane wywarło na mnie dużo lepsze wrażenie.
Wychodząc ze Strefy nie czułem się jednak rozczarowany. Koszt koncertu był umiarkowany, wcale nie było tłoczno – czego nie lubię – a ilość dobrej muzyki, z którą miałem dzięki temu styczność, była przeogromna. To był dobrze spędzony niedzielny wieczór!
Tekst: Marcin Seweryn
Foto: Marcin Tomaszuk
















