Przyszła jesień, a wraz z nią już tradycyjnie wrocławski koncert zespołu Kult. Tym razem występ legendarnej formacji odbył się w hali Wytwórni Filmów Fabularnych.
Czy jest sens pisania relacji z koncertu Kultu? Trudno mówić o ich występach bez używania truizmów. Wszyscy przecież wiedzą, że panuje na nich niepowtarzalna atmosfera tworzona przez charyzmatycznego wykonawcę i rzeszę wiernych fanów. Postaram się jednak sklecić kilka zdań o czwartkowym występie by nieobecni mogli poczuć choć odrobinę atmosfery, a uczestnicy przypomnieć sobie ten koncert.
Zanim udało się komukolwiek dostać na teren WFF musiał (przy założeniu, że nie skorzystał z komunikacji miejskiej) znaleźć w pobliskich uliczkach odrobinę miejsca parkingowego. Nie było to łatwe, bowiem Kult zawsze przyciąga na swoje występy dużą liczbę fanów w wieku późniejszym niż młody, a ci niespecjalnie lubują się w jeżdżeniu tramwajami. Gdy już udało nam się dostać do hali – kolejny fenomen Kultu. Chyba żadna formacja nie może cieszyć się tak dużą ilością fanów w jednakowych zespołowych koszulkach.
Zanim jeszcze na scenę wszedł Kazik z drużyną, publiczność rozgrzał Zacier, czyli Zrzeszenie Artystów Cierpiących i Entuzjastycznie Rżnących. Zespół posiadający liczącą ćwierć wieku historię wykonał swoje największe hity – „Odpad atomowy”, „Niedźwiedź Janusz” i „Kebab w cienkim cieście”. Był to bardzo dobry podkład pod blisko trzygodzinny koncert gwiazdy wieczoru.
Zaczęło się bardzo dobrze. Pierwszy „Baranek” dostarczył niesamowitych wrażeń, zwłaszcza gdy wypełniona niemal po brzegi hala odśpiewała a cappella refren utworu. Później było jeszcze lepiej – „Pasażer”, „Brooklyńska rada Żydów”, „Gdy nie ma dzieci” i pochodząca z ostatniej płyty „Marysia” rozgrzały atmosferę.
Niestety w pewnym momencie coś się zaczęło psuć. Źle skonstruowana lista utworów stworzyła wrażenie, że po bardzo szybkim początku zespołowi zabrakło energii. Do tego doszło jeszcze wyraźne niedysponowanie Kazika, który w wielu utworach mylił tekst i gubił tempo. Jednak o ile muzyka potrafiła się obronić, to gdy w przerwach między utworami Kazik próbował rozmawiać z publicznością, nie dało się ukryć, że nie jest tego wieczoru w formie.
Szczęśliwie koncerty Kultu trwają zawsze długo i Kazik zdążył „powrócić” do formy na końcówkę. W niej znów zespół pokazał co potrafi. „Komu bije dzwon”, „Polska” i „Krew Boga” przypomniały stary dobry Kult. Tradycyjnie już wykonani na koniec przez Kazika „Sowieci” dopełnili całości i nie zmieniła tego nawet pomyłka przy ostatnim refrenie.
Choć był to zdecydowanie najsłabszy z występów Kultu, które dane mi było widzieć, legenda zespołu nie pozwala mi na całkowite skrytykowanie koncertu. Bo nawet z niedysponowanym Kazikiem jest to i tak jedna z najlepszych polskich formacji.
Tekst: Wojciech Sitarz
Foto: Maciej Zadrożny





