Lechia wygrywa na Oporowskiej - Śląsk walczył, ale i tak przegrał

niedziela 14 marca 2010




Na pewno jest poprawa, bo dzisiaj pokazaliśmy jaja, wolę walki i ambicję - mówił po zakończeniu spotkania z Lechią Gdańsk napastnik Śląska Wrocław Vuk Sotirovic. Jednak co z tego, że było to prawdopodobnie najlepsze spotkanie gospodarzy w tej rundzie, skoro i tak po raz drugi z rzędu WKS uległ rywalowi na własnym obiekcie. Zwycięstwo dały gościom gole Ivansa Lukjanovsa i Huberta Wołąkiewicza, a honorową bramkę dla miejscowych zdobył Łukasz Madej.


   Kibice, którzy przybyli w sobotni wieczór na stadion przy Oporowskiej, nie mogli się czuć rozczarowani. Stworzone przez piłkarzy Lechii i Śląska widowisko naprawdę mogło się podobać, a chóralne śpiewy zaprzyjaźnionych fanów obu ekip wraz ze sztucznym oświetleniem zapewniły dobrą oprawę tego ciekawego pojedynku. Od pierwszych minut było widać, że na boisku będzie się wiele dziać, bo chociaż na trybunach panowała przyjaźń, na boisku dominowała twarda walka. Tak było właściwie przez całe 90 minut.

   Już sam początek spotkania nadał pojedynkowi kolorytu. W 6. minucie ambitnie walczący na linii 16 metrów Piotr Ćwielong wyłuskał piłkę spod nóg obrońcy i podał ją do Vuka Sotirovica. Serb przedłużył to zagranie do Łukasza Madeja, który wpadł w pole karne i będąc oko w oko z Pawłem Kapsą strzałem w długi róg wyprowadził gospodarzy na prowadzenie. Fatalnie zaczął się dla mnie ten mecz, bo to było pierwsze uderzenie na bramkę. Czy mogłem to obronić? Trudno powiedzieć,  poszedłem w lewo, a dostałem strzał w prawo. Nie chcę oceniać na gorąco – komentował po ostatnim gwizdku sędziego Paweł Kapsa. Sam strzelec nie cieszył się jednak zbytnio ze swojej pierwszej bramki w barwach wrocławskiej drużyny. Zeszło ze mnie jakieś ciśnienie, ale szkoda porażki, bo mogłem, gdybyśmy wykorzystali nasze szanse, mieć dzisiaj jeszcze z dwie asysty i wtedy byłoby zupełnie inaczej – mówił skrzydłowy WKS-u.

   Goście po pierwszym gwizdku sędziego najwyraźniej głowami byli jeszcze w autokarze, bo już chwilę potem mogli stracić kolejną bramkę, a ponownie o sobie dał znać najgroźniejszy w sobotę wrocławski duet Sotirovic-Madej. Najpierw ten drugi, stanowiący motor napędowy Śląska, podryblował na skrzydle, zbiegł do środka i podał na 16 metr do Serba, który przebojowo wbiegł w pole karne. Sam był chyba zaskoczony niefrasobliwością gdańskiej obrony, bo w stuprocentowej sytuacji trafił wprost w golkipera gości, a Lechia mogła tylko dziękować Kapsie, że mecz dla niej nie skończył się po 10 minutach. Ta sytuacja podziałała jednak otrzeźwiająco na podopiecznych Tomasza Kafarskiego. Już po minucie wszystko wróciło do punktu wyjścia i ponownie mieliśmy remis, tyle że bramkowy. Najlepszy w zespole przyjezdnych Marcin Kaczmarek popędził lewym skrzydłem i wyłożył piłkę na siódmy metr do nadbiegającego Lukjanovsa. Łotysz wślizgiem uprzedził pilnującego go Mariusza Pawelca i skierował piłkę do siatki obok rozpaczliwie interweniującego Kelemena.

   Kolejne minuty mijały na stadionowym zegarze, a gra w dalszym ciągu toczył się w szybkim tempie w środkowej strefie boiska. Szczęścia próbował Surma, ale jego uderzenie poszybowało nad bramkę. Po drugiej stronie natomiast Kapsa odważnym wyjściem za pole karne uprzedził Sotirovica. Serb niedługo potem – podobnie jak w 10 minucie – ponownie mógł się złapać za głowę. Po wrzutce Sebastiana Mili wydawało się, że uderzył nie do obrony. Piłka szybowała tuż przy słupku, ale tam swojego bramkarza godnie zastąpił Arkadiusz Mysona, który tą interwencje przypłacił bolesnym urazem żeber. Nic mu nie jest. Narzekał wprawdzie, że go bolą, ale najważniejsze, że był w odpowiednim miejscu – komentował zagranie kolegi Tomasz Dawidowski. I tak jak mały cud uratował Lechię przed utratą kolejnej bramki, tak samo o wielkim szczęściu niedługo potem mogli mówić gospodarze.
 
   Ponownie dał o sobie znać Kaczmarek, który przy trzeciej próbie dośrodkowania zamiast górą, zagrał do ziemi do Lukjanovsa, a Łotysz najpierw „na zamach” położył pilnującego go obrońcę, a potem z prawej nogi mocno uderzył na bramkę Śląska. Na jego nieszczęście piłka zatrzymała się na poprzeczce i skończyło się tylko na strachu wrocławian, a remis utrzymał się do końca pierwszej połowy.

   Mecz po przerwie mógł się rozpocząć dla WKS-u dokładnie tak samo jak pierwsze 45 minut. Najpierw z rzutu wolnego z 23 metrów nieprzyjemnie uderzał Mila, ale Kapsa z trudem zdołał sparować piłkę do boku. 2 minuty później pokazał natomiast klasę broniąc dwukrotnie sytuację sam na sam z Sotriovicem. Dla mnie bohaterem jest cały zespół, nie chcę indywidualnie nikogo wyróżniać – stwierdził pytany o dobrą formę swojego bramkarza Tomasz Kafarski. Chwilę potem Kelemen również pokazał, że akurat do niego w zespole Śląska nikt nie może mieć żadnych pretensji. Słowak fantastycznie obronił strzał głową jednego z lechistów po rzucie rożnym, za co otrzymał oczywiście gromkie brawa od publiczności, której ulubieńcem powoli się staje. Gra na zasadzie wet za wet mogła trwać do końca pojedynku, a dowodem może być kolejna akcja Śląska, po której w dogodnej sytuacji znalazł się Madej. Stojąc jednak bez opieki na 11 metrze zamiast skierować pewnie piłkę do siatki były piłkarz ŁKS-u głową podał piłkę wprost w ręce dobrze ustawionego Kapsy.

   Ta niewykorzystana okazja zemściła się w 74. minucie. Słabo dysponowanemu Mariuszowi Pawelcowi urwał się Tomasz Dawidowski i wrocławski obrońca, nie widząc ratunku w tej sytuacji, musiał uciec się do faulu. Dobrze prowadzący te zawody Sebastian Jarzębak nie miał wątpliwości i bez wahania wskazał na 11 metr.  Jak dla mnie to tam powinna być czerwona kartka. Pawelec ciągnął mnie za koszulkę od 20 metra – ocenił tą sytuację Dawidowski, który powoli wraca do profesjonalnej piłki po latach zdrowotnych perypetii. Pewnym egzekutorem rzutu karnego okazał się Wołąkiewicz, który mocnym strzałem pokonał Kelemena i wyprowadził gości na prowadzenie, którego nie oddali już do końca. Pretensje o tą sytuację miał do arbitra po meczu opiekun gości, który twierdził że były gracz Wisły znajdował się na pozycji spalonej. Nikt jednak poza nim nie podnosił takiej wątpliwości.

   Śląsk próbował wszystkiego by odmienić losy tego pojedynku. Trener Tarasiewicz zdjął nawet Jarosława Fojuta i zastąpił go Tomaszem Szewczukem, decydując się na grę trójką obrońców. Nie wpłynęło to jednak na grę gospodarzy, którzy najgroźniejsze strzały oddawali z rzutów wolnych, ale z bombą Sotirovica poradził sobie Kapsa, a uderzenie Ćwielonga pofrunęło minimalnie obok prawego słupka. Do tego trzeba dodać jeszcze uderzenie z 16 metrów wprowadzonego za Milę Ulatowskiego, z którym również problemów nie miał golkiper gdańszczan i na tym można zakończyć opis ofensywnych poczynań wrocławian. Zamiast grać dołem uparcie graliśmy piłki górne. Ja raz czy dwa wygram głowę, ale ile razy można – wściekał się Sotirovic, który w pojedynkę do pewnego momentu musiał walczyć z obroną gości.

   Mimo ambicji i wyraźnie lepszej gry niż przed tygodniem Śląsk ponownie przegrał na własnym obiekcie. O niezdobytej jeszcze do niedawna Twierdzy Wrocław pozostało tylko wspomnienie. Czy tak samo stanie się z osobą trenera Tarasiewicza? Zaledwie punkt wywalczony, przez zespół który miał się bić z czołówką to zdecydowanie za mało by zadowolić kibiców i włodarzy. Wątpliwe, żeby tak drastyczny ruch jak zwolnienie szkoleniowca miał nastąpić w najbliższym czasie, ale i tak Taraś musi szybko poprawić grę zespołu, bo zamiast walki o wysokie cele, kibice WKS-u mogą zobaczyć walkę o utrzymanie. Najbliższa okazja do wyjścia z dołka za tydzień w Warszawie, gdzie Śląsk spotka się z Legią grającą już być może pod wodzą nowego trenera.


Po meczu powiedzieli:

Tomasz Kafarski (trener Lechii Gdańsk): Jestem dumny z chłopaków, bo widziałem ile sił i zdrowia kosztowało nas to zwycięstwo. Dzisiaj zagraliśmy mecz bardzo istotny dla układu tabeli z silnym i podrażnionym zespołem, dlatego tym cenniejsza jest ta wygrana. Z przebiegu spotkania byliśmy o tą jedną bramkę lepsi. Od początku mieliśmy przejąć inicjatywę, ale  jakoś nieporadnie zaczęliśmy ten pojedynek i szybko straciliśmy bramkę. Zespół jednak świetnie zareagował, dzięki czemu byliśmy ciągle w grze. Jeszcze raz powtórzę, że jestem bardzo dumny z chłopaków.

Ryszard Tarasiewicz (trener Śląska Wrocław): Moim zdaniem Lechia nie zasłużyła na zwycięstwo, bez względu na to, co powie trener Kafarski. Na tyle, na ile potrafiliśmy stworzyliśmy sobie sporo sytuacji, których nie byliśmy w stanie jednak wykorzystać. Podobnie było z Polonią Bytom. Nie mogę mieć obiekcji co do sposobu poruszania się moich zawodników po boisku, bo na pewno nie przeszli obok meczu. Rzadko komentuję pracę sędziów, ale jestem pewny, że przy drugiej bramce Dawidowski był na spalonym. To już nie pierwszy raz, kiedy mam zastrzeżenia do pracy tego arbitra i będę optował za tym, by wystosować pismo, aby ten pan już Śląskowi nie gwizdał. Wszystkim na pewno jest przykro, że tak nam idzie. Mamy 24 punkty, ale nie patrzę co się dzieje na górze i na dole. Mam swój zespół i kolejne mecze, w których trzeba zdobywać kolejne oczka.

Paweł Kapsa (Lechia): Mecz był wyrównany, a jak wskazuje końcowy wynik my byliśmy o jedną bramkę lepsi. Najważniejsze, że było dobre widowisko, bo zespoły podeszły do spotkania bez kunktatorstwa i chciały wygrać. Śląsk był bardzo zdeterminowany by zwyciężyć, zwłaszcza po ostatniej porażce. W końcu gdzie wygrywać jak nie u siebie?

Tomasz Dawidowski (Lechia): Walczymy o pierwszą szóstkę. Dzisiaj miałem udział przy dwóch bramkach. Najpierw rozegraliśmy ładną akcję, a potem wywalczyłem rzut karny. Myślę, że robię, co do mnie należy, a moja forma będzie stopniowo powracać. Wszyscy walczmy o zwycięstwa i jesteśmy szczęśliwi, że mamy kolejne trzy punkty.

Łukasz Madej (Śląsk): Ciężko jest komentować mecz, który przegraliśmy, a powinniśmy wygrać. Szkoda, że nie trafiliśmy na 2:0, bo zaraz potem był wypad Lechii, oni strzelili gola i ostatecznie wygrali na wyjeździe. Ciężko jest coś powiedzieć, bo liczyliśmy na sześć punktów w dwóch ostatnich meczach, a mamy zero.

Vuk Sotirovic (Śląsk): To nie tak miało wyglądać. Mieliśmy wygrywać u siebie i szukać punktów na wyjeździe. Od kiedy jestem w Śląsku nie zdarzyło się nam jeszcze przegrać dwóch meczów u siebie z rzędu. Dzisiaj graliśmy lepiej niż w ostatnim meczu, ambitnie. Ostatnio jakby nam nie zależało i jakbyśmy tylko czekali na koniec pojedynku z Jagiellonią. Sam miałem wiele sytuacji, ale brakowało szczęścia i piłka nie chciała wpaść do bramki. Czasami tak bywa.


Śląsk Wrocław – Lechia Gdańsk 1:2
1:0 – Madej 7’
1:1 – Lukjanovs 11’
1:2 – Wołąkiewicz 74’ (k.)

Składy:

Śląsk: Kelemen – Wołczek, Celeban, Fojut (78’ Szewczuk), Pawelec, Madej, Sztylka, Dudek, Mila (65’ Ulatowski), Ćwielong, Sotirovic

Lechia: Kapsa – Bąk, Wołąkiewicz, Kozans, Mysona, Laizans, Surma, Nowak (85’ Pietrowski), Lukjanovs (90’ Wiśniewski), Dawidowski (93’ Piątek), Kaczmarek

Żółte kartki: Dawidowski (Lechia), Ćwielong (Śląsk)

Sędzia: Sebastian Jarzębak


Tekst: Mateusz Dębowicz

Foto: WKS Śląsk

 


więcej artykułów




Dodaj do:







Komentarze


F, IP 194.146.217.71
2010-03-14 12:42:59

obawiam się, że na PIK-u są najlepsze relacje z meczów Śląska



Dodaj komentarz

Nick:
Treść:




© 2008 - Punkt Informacji Kulturalnej - Wszelkie Prawa Zastrzeżone
Projekt i Wykonanie: BetterSite.pl
email marketing