W wypełnionej po brzegi aż do drugiego piętra Synagodze pod Białym Bocianem zakończył się w niedzielę Europejski Festiwal Muzyki Klezmerskiej i Folk. Gwiazdą ostatniego koncertu był Giora Feidman zwany Królem Klezmerów. Każdy z jedenastu wieczorów festiwalowych był wspaniały. Ale ten był po prostu magiczny!
To wisiało w powietrzu. Gdy przyszedłem do synagogi na 2 godziny przed koncertem, trwało w niej gorączkowe ustawianie dodatkowych krzeseł, gdzie tylko się dało. Na zewnątrz powoli zaczęła się formować kolejka oczekujących, a na scenie ze stoickim spokojem, wyluzowany i uśmiechnięty Król przeprowadzał próbę. Przywitałem się z Nim, poprosiłem o pozwolenie na fotografowanie. Zgodził się, prosił tylko, by nie używać lampy błyskowej i by towarzyszących mu klezmerów sfotografować też podczas koncertu, jak już będą mieli „schwarze Klamotten”, czyli czarne ubrania. On sam od początku ubrany był jak na Króla przystało: czarny garnitur, czarna koszula, na szyi złoty łańcuch z pięknie zdobionym medalem, na dłoni sygnet, a na nogach lśniące lakierki. Próba zapowiadała niezwykłe przeżycia koncertowe. Na dźwięk basowego klarnetu reagowałem ciarkami na plecach. Był szalenie niski, mocny, wręcz dramatyczny. Na klarnecie, swym koronnym instrumencie, Giora Feidman wyczyniał prawdziwe cuda. Krótkie interakcje z akordeonistą i kontrabasistą zapowiadały nie lada emocje.

Skoro nazywają Go Królem Klezmerów, to wypada napisać o Nim kilka słów.
Giora Feidman urodził się w Argentynie w domu wypełnionym muzyką klezmerską, jako syn żydowskich emigrantów z Bessarabii. Otrzymał klasyczne muzyczne wykształcenie, a pierwszym nauczycielem był ojciec Giory. Do orkiestry symfonicznej w Teatro Colón w Buenos Aires został przyjęty w wieku osiemnastu lat. Dwa lata później przeniósł się do Izraela, gdzie został najmłodszym w historii klarnecistą w Israel Philharmonic Orchestra. Na początku lat 70. XX wieku porzucił orkiestry symfoniczne. Przeniósł się do Nowego Jorku. Rozpoczął tworzenie swojej wizji muzyki klezmerskiej, którą wzbogacał wpływami muzyki klasycznej i nurtu współczesnego. W odpowiedzi na zaproszenie Stevena Spielberga, wraz z I. Perlman’em, współtworzył muzykę do filmu „Lista Schindlera”. W jego repertuarze znajdują się, obok muzyki klezmerskiej, utwory Gerschwina, tanga z jego argentyńskiej ojczyzny, a od roku 2000 utwory symfoniczne współczesnych kompozytorów izraelskich (Ora Bat Chaim, Betty Olivero) i klasyczne utwory klarnetowe Mozarta oraz interpretacje Franza Schuberta. Mieszka w Niemczech, które uważa za swoją drugą ojczyznę.
Koncert rozpoczął się z małym opóźnieniem, bowiem kolejka zawinęła się trzykrotnie, a każdy chciał wejść i posłuchać Mistrza.
A ten rozpoczął, jak na Króla przystało, królewskim wejściem przez całą salę, bez przerywania przejmującego solo na klarnecie. To, co nastąpiło potem, było Jedną Wielką Magią. Nastroje i barwy zmieniały się jak w kalejdoskopie. Melodie znane i nieznane przeplatały się ze wspólnym śpiewem refrenów popularnych piosenek. Feidman błyskawicznie nawiązał kontakt z publicznością i panował nad nią jak Król. Nie potrafię umiejscowić w czasie najbardziej przejmującego momentu koncertu. Trochę chodziłem po budynku, szukałem optymalnego miejsca do fotografowania, dalej od sceny, tak, aby dźwięk klapiącego lustra i migawki nie dekoncentrował ani wykonawców, ani słuchaczy. Arcytrudne to było zadanie, bo słuchaczy był nadkomplet, a Król grał bez wzmocnienia, bez mikrofonu, którego używał tylko do zapowiedzi oraz intonowania wspólnego śpiewania.
W każdym razie taki fragment koncertu był i ja nazwałem go na swój prywatny użytek „Modlitwą Klezmera”. Bo w istocie to była modlitwa... Giora Feidman stanął plecami do publiczności, a twarzą zwrócony do Aron ha-kodesz, czyli szafy ołtarzowej, gdzie w drewnianej skrzynce przechowywane są zwoje Tory. Grał sam. Na klarnecie. Synagogę przeszywały przejmujące dźwięki. Mocne i głośne na przemian z cichymi i lirycznymi. Nigdy do tej pory nie zdarzyło mi się, abym tak jednoznacznie mógł rozpoznać w muzyce skargę i gniew, zagubienie i pokorę, wdzięczność i oddanie. Nie jestem wierzący, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Przekaz był tak jednoznaczny, tak naładowany emocjami, że cała sala oniemiała. Nie wiem, jak długo to trwało, nie wiem też, jak On przeszedł do następnych, pełnych werwy i humoru części tego magicznego spektaklu. Było dokładnie tak, jak w życiu: śmiech przeplata się ze łzami, po największej burzy zawsze przecież jest czas na słońce...

Kulminacyjnym punktem występu było zaproszenie na scenę Bente Kahan i wspólne z Nią śpiewanie razem z całą rozentuzjazmowaną publicznością.
Jest coś niezwykłego w tym, ile życiowej energii tkwi w Wielkim Artyście. Niejeden młodzian mógłby Mu pozazdrościć! Ja w każdym razie obiecałem sobie, że przestanę narzekać na swój wiek, bo zwyczajnie zrobiło mi się wstyd...
To był niezwykły festiwal. Przez 11 niedziel, zawsze o 17.00, odbywały się w synagodze koncerty, jeden wspanialszy od drugiego. Bente Kahan dzieliła się z nami swoimi muzycznymi przyjaciółmi. Pokazali oni, jak wielobarwna i szeroko otwarta na współczesność jest ta ich, z gruntu bardzo mocno osadzona w tradycji, kultura żydowska. I niezależnie od kraju pochodzenia potrafili wzruszać i bawić ludzi także w Polsce, we Wrocławiu. Bardzo szybko bywanie na tych koncertach stało się w pewnych kręgach zwyczajnie modne. Przychodziło sporo ludzi spoza bezpośredniego kręgu tej kultury. Młodych duchem i młodych wiekiem. Nie wiedziałem na początku, że i mnie to tak wciągnie, że słuchanie i fotografowanie sprawi mi taką przyjemność oraz, że znajdę tam nowych, wspaniałych znajomych i przyjaciół.
Bente Kahan, dziękuję!
Tekst i Foto: Lech Basel