Widzów, którzy w czwartek szczelnie wypełnili salę koncertową Filharmonii Wrocławskiej, czekała nie lada uczta. Z jedynym w Polsce koncertem wystąpiła światowej sławy japońska skrzypaczka Midori Gotō przy akompaniamencie tureckiego pianisty Özgüra Aydina.
Japonia to kraj fascynującej kultury, w którym tradycja z nowoczesnością współgrają z lekkością niespotykaną gdziekolwiek indziej. To w Japonii narodził się honorowy kodeks samurajskich wojowników; tu zakwitła kaligrafia, sztuka parzenia herbaty i formowania drzewek bonsai; tutaj pewnej listopadowej nocy, w roku 1954, z ciemnych wód Pacyfiku wyłoniła się Godzilla. Ale Japonia to również kraj niezwykłych ludzi – artystów od lat zachłyśniętych europejską muzyką klasyczną. Jednym z nich, bez dwóch zdań, jest Midori Gotō. Urodzona w Osace w 1971 roku karierę skrzypaczki „rozpoczęła” w swoje trzecie urodziny, otrzymując od babci miniaturowe skrzypce. Od tej pory wszystko potoczyło się w zawrotnym tempie, bo już 8 lat później zadebiutowała na scenie New York Philharmonic, pod batutą samego Zubina Mehty. Koncertując przez lata w najznakomitszych salach koncertowych świata, dotarła i do Filharmonii Wrocławskiej, gdzie wykonała oszołamiający program.
Japońska wirtuozka wykonała cztery sonaty skrzypcowe, których powstanie dzieli przeszło 200 lat – w programie bowiem znalazły się dzieła Bacha, Schumanna, Saint-Saënsa i Hindemitha. Każdy z nich, gdyby żył, siedziałby wczoraj urzeczony, wsłuchując się i wpatrując w kunszt i ekspresję Midori. Powiedzieć, że artystka wykonała utwory dłońmi przy użyciu skrzypiec, byłoby ogromną niesprawiedliwością, jako że Japonka wykonała je całym swoim ciałem, przy użyciu całej swojej duszy. Nie opisywała uczuć ukrytych w nutach – ona tworzyła je na nowo na naszych oczach. Za pomocą kawałka drewna, metalu i końskiego włosia, zaklętą w partyturze formę cyzelowała do postaci czystego piękna.
Trudno jest słowami opisać muzykę, zwłaszcza tak subtelnie trącającą struny naszej wyobraźni. W czasie koncertu kilkakrotnie zamykałem oczy i pozwalałem dźwiękom zabrać się w miejsca, które dostępne są tylko dla mnie. Mam nadzieję, że tym z Państwa, którzy mieli okazję wysłuchać koncertu, towarzyszyło podobne odczucie – kilkukrotne owacje na stojąco i dwa bisy wydają się to potwierdzać. Tym zaś z Państwa, którzy nie wybrali się wczoraj do filharmonii, szczerze to miejsce polecam, bo sala koncertowa w trakcie dobrego występu zmienia się w miejsce magiczne.
Tekst: Stanisław Stańczak