It’s a punky reggae party – śpiewał nestor gatunku Bob Marley. Hasło to nie umarło i jest jak najbardziej aktualne, o czym wrocławska publiczność mogła się przekonać podczas środowego koncertu załogi Plagiat199 w klubie Od Zmierzchu Do Świtu. Mocne punkowe uderzenie przeplatane ze swobodną reggae’ową pulsacją, a do tego niebanalne teksty. Z wokalistką zespołu, Magdą „Madziarą” Czomperlik, rozmawiał po koncercie Łukasz Porębski.
Łukasz Porębski: Z podanych przez Was informacji wynika, że spotykamy się na niemalże urodzinowym koncercie. 16 marca, 8 lat temu, Plagiat199 dał swój pierwszy koncert. Patrząc z tej perspektywy czasu, wydaje Ci się, że muzyka, którą tworzycie, ewoluowała w sposób, jaki zakładaliście na samym początku, czy raczej więcej w tym wszystkim było nieprzewidzianych zakrętów?
Magda „Madziara” Czomperlik: Gatunek oscylujący gdzieś między punkiem a ska, ukształtowany był już od początku. Jednak nigdy nie było z góry powiedziane, że
gramy to i tylko to. Wszystko kształtuje się przez to, jacy ludzie przychodzą do zespołu, a koleje losu są takie, że rotacja muzyków jest akurat u nas ogromna. Ktoś przychodzi i odchodzi, a każdy słucha i chce przemycić do muzyki coś innego, dlatego jest ona właśnie bardzo różnorodna. W tej chwili, po tych kilku, kilkunastu latach istnienia już nawet trudno nam określić konkretny gatunek, ale myślę, że całość idzie w dobrym kierunku.
Właśnie, śledząc plagiatową biografię, dość wyraźnie odznaczają się na niej częste roszady w składzie zespołu. Można dojść do wniosku, że na Waszą twórczość większy wpływ mają gwałtowne zmiany, niż powolny proces dojrzewania.
Jasne. Tak, jak mówiłam – każdy przemyca do naszej muzyki inny element. Ja na przykład spowodowałam swoim przyjściem do zespołu dość drastyczną zmianę: pojawił się w końcu pierwiastek żeński. Odeszli starzy członkowie, którzy mieli może nieco inną wizję, z kolei przyszły nowe osoby, młodsze prawie 10 lat, które słuchają już czego innego. Na pewno nie poszło to na złe i nie jest aż tak różne od pierwotnych założeń.
Więcej było ślepych uliczek, czy raczej droga twórcza przebiegała w miarę łagodnie?
Nie jest w Polsce łatwo zespołowi, który nie utrzymuje się z grania i własnymi siłami musi brnąć do przodu. Problemy pojawiają się praktycznie w każdej kwestii. Często było tak, że ktoś opuszczał nas przed jakimś przełomowym dla zespołu wydarzeniem. Tak pechowo się zdarzało, że, dla przykładu, mieliśmy jakiś koncert dla radia, czy ważny wyjazd, a tu muzyk nagle odchodzi. Na szczęście prędko udawało się znaleźć kogoś, kto by pomógł i dalej z nami to pociągnął.
Graliście na takich znanych festiwalach, jak Jarocin oraz w małych, undergroundowych klubach. Jednak nie są Wam obce i koncerty z okazji dni miast. Czy podjęlibyście się każdego kontraktu na występ?
Na pewno nie. Faktycznie zdarzało się grać na dniach miast, chociażby naszych Czechowic-Dziedzic, lecz to wynikało raczej z jakiegoś sentymentu. A kiedy graliśmy, na przykład w Czeladzi, nie było tak, że byliśmy zespołem wyrwanym z zupełnie innego worka. Tam akurat supportowaliśmy Kult, więc całe wydarzenie, chociaż z okazji dnia miasta, utrzymane było w jednym klimacie. Na pewno nie pisalibyśmy się na koncert, gdzie trzeba by stanąć obok zespołów disco polo czy pop z racji tego, że kompletnie nie pasowalibyśmy do tej konwencji i po prostu źle byśmy się z tym czuli. Z założenia nie gramy też imprez w szkołach, chociaż propozycji jest dużo. Nie to, żebyśmy dyskryminowali wiekowo publikę, ale taką mamy regułę. To samo, jeśli chodzi o występy urodzinowe. Jakieś granice, jeśli chodzi o pojawianie się na scenie, z pewnością są.
Czuliście się kiedykolwiek więźniami „Białego kaftanika”?
To jest właściwie pierwsza piosenka, do której powstał teledysk, i dlatego jest ona najbardziej rozpoznawalna. Tak naprawdę jesteśmy przecież mało znanym zespołem, ale może akurat ten utwór najmocniej zapadł ludziom w pamięć. W żadnym wypadku jego więźniami nie jesteśmy. Bardzo wesoła i pozytywna piosenka, która przypomina fajny okres w naszej „karierze”, a na dodatek lubimy ją grać.
Wspomniany był już Kult. Kazik wydaje mi się niejako Waszym kryptozałogantem. Jak udało się nawiązać z nim kontakt, i jak przebiegała, w Twojej ocenie, wielka pomarańczowa trasa, podczas której supportowaliście jego zespół po Polsce?
Z Kazikiem oraz całym towarzystwem kultowym i el dupowym poznaliśmy się właśnie na koncercie tej drugiej formacji w moim rodzinnym mieście, Bielsku–Białej, i myślę, że bardzo się wówczas zaprzyjaźniliśmy. Przypadliśmy do gustu menadżerowi zespołu, który zaproponował nam później jeszcze jeden koncert, ale tym razem przed Kultem. Miało to być już taką próbą naszych sił i pokazaniem, czy warto z nami grać. Nie jest tak, że było to jakieś odgórne postanowienie, tylko po prostu wspólnie zdecydowali, że podoba im się i się zgadzają. A wszystko chyba przerosło nasze oczekiwania – trasa wyszła fantastycznie. Bardzo się związaliśmy przez ten czas z muzykami Kultu i nie było żadnych konfliktów na pokładzie. Do dzisiaj utrzymuję z nimi kontakt, chociażby przez to, że chwilowo mieszkam w Warszawie. Jak tylko gramy razem koncert, wspomnienia wracają i ciągle bardzo lubimy ze sobą grać.
Ta wspólna trasa miała dla Plagiatu i Waszej rozpoznawalności jakiś szerszy oddźwięk?
Trudno mówić w naszym przypadku o jakiejś większej rozpoznawalności. Jesteśmy kojarzeni przede wszystkim na Śląsku. W innych rejonach i większych miastach może obiliśmy się ludziom o uszy, ale to nie jest taka sława, że ktoś byłby w stanie przypasować nas do jakiejś konkretnej piosenki czy gatunku. Na pewno ta trasa pomogła nam w kwestii organizacji koncertów. Nie dzwonimy już jako pierwszy lepszy zespół, tylko możemy powiedzieć, że mamy za sobą takie, a takie koncerty, co ułatwia załatwienie kolejnych występów w obcych miastach, jak chociażby tutaj, we Wrocławiu.
Wasza muzyka ciągle jest dla mass mediów ciężkostrawna. Jak zatem odnosicie się do kwestii autopromocji i kontaktów z dziennikarzami? Chcielibyście wybić się na szersze wody, czy naprawdę zakładacie, że sztuka jest w stanie obronić się sama?
Hmm, naszemu zespołowi zawsze zależało na tym, żebyśmy jednak pozostawili sobie to pole do popisu i pewną niezależność, dlatego właśnie nie wiążemy się z żadną konkretną wytwórnią czy medium. Ograniczałoby to w pewien sposób posunięcia zespołu i oznaczałoby podporządkowanie się instytucji, co nie zawsze wychodzi kapelom na dobre. Prawda jest taka, że jeśli chce się grać konkretnie to, co się gra, to niestety trzeba się odżegnywać od mediów i jakichś większych wytwórni. Nie ukrywajmy jednak przy tym, że w dzisiejszych czasach, jeśli nie ma cię w radiu czy telewizji, twoja „sława” prędko zgaśnie. Trudno jest cokolwiek nagłośnić bez takiej pomocy lub chociażby Internetu i internautów, ludzi, którzy gdzieś zamieszczają informacje o koncertach i płytach, pomagają przepchnąć wszystko do szerszej publiczności.
Kazik – wielka osobowość. Ale czy faktycznie istnieją jeszcze w świecie muzyki autorytety, na których w ciemno można się wzorować, jeśli chodzi o samo granie, zachowanie na scenie i poza nią?
Kazik z pewnością jest dla nas znaczącą postacią, jeśli chodzi o wizerunek. Wiadomo, że każdy słucha czegoś innego i ma swoje własne większe i mniejsze wzory. Trzeba też oddzielić to, że osoba, która gra świetną muzykę i fajnie zachowuje się na tle zespołu, może występować prywatnie w reklamach i udzielać się w akcjach medialnych. Jest to osobisty wybór każdego z nas i należy to rozgraniczać. Najlepiej, żeby to zwyczajnie nie wpływało na negatywny wizerunek zespołu i sama muzyka nie zmieniała się na przez to, że ktoś postanowił wypłynąć nieco dalej.
A czy mainstream jest jeszcze w stanie Cię pozytywnie czymś zaskoczyć? To, co leci na falach radiowych, trafia w Twój gust, czy jedynie w środowisku alternatywnym można się muzycznie spełnić?
Wiadomo, że to, co leci w radiu, jest zweryfikowane przez kogoś, kto się zna na muzyce i w jakiś sposób jest to dobra muzyka. Nie należy się jednak zamykać tylko na to, co jest promowane. Jest cała masa zespołów, o których wie niewielkie grono, a kiedy przychodzi się na ich koncert, człowiek ma wrażenie, że słucha profesjonalnego zespołu gotowego do koncertowania przed tysiącami ludzi. Ale o tych ludziach po prostu nie słychać. Dlatego myślę, że zwyczajnie warto kierować się własnym gustem i słuchać różnych rzeczy. W zespole chyba nikt nie neguje tego, co leci w radiu, a czasami nawet nas puszczą w eterze, jak się uda. Warto posłuchać nieraz radia i rzeczy, których na co dzień nie widać i nie słychać.
W jednym z wywiadów dla PIK-u, Wojciech Wojda, założyciel Farben Lehre stwierdził, że punk rock dzisiaj jest zupełnie inny od tego z czasów, kiedy sam go współtworzył i odcina się od tego, co słyszy w słowach niektórych młodych kapel. Sami istniejecie na tej scenie i macie pełen ogląd środowiska. Czy Twoim zdaniem jest zatem aż tak źle?
Jasnym jest, że 20–30 lat temu społeczeństwo i to środowisko były inne. Inne problemy i inna muzyka. Ja też nie jestem zwolenniczką tego, żeby teraz śpiewać: niewola! Tego już nie ma, jest coś absolutnie odwrotnego. Mamy pełną wolność, wolny wybór i mnóstwo możliwości. Kiedy zespoły zżynają teksty sprzed iluś tam lat, jest to zazwyczaj karykaturalne. Te słowa są przecież nieaktualne. Nie znaczy to jednak, że punk rock nie może się obecnie ostać i przetrwać. Trzeba go po prostu dostosować do współczesności i własnych doświadczeń, a nie ściągać, bo wychodzi pastisz i kicz.
Jak jest zatem z tym buntem? Punk i reggae zawsze kojarzyły mi się z walką o lepsze, postulowaniem zmian w zastanej rzeczywistości. Skoro dzisiaj jest tak dobrze, czy ten bunt, który zawsze mocno się w tych gatunkach odznaczał, nie jest już jedynie formą artystycznej kreacji?
Nie mogę mówić za każdego. Prawdą jest, że są ludzie, którzy piszą o buncie, a wcale nie jest im tak źle i nie przeszkadza im, jak jest na zewnątrz. Ja w swoich tekstach staram się nie kreować, jak wszystko jest szare i beznadziejne. Może piszę bardziej introwertyczne teksty i mówię o nieco innych problemach, bo jestem dziewczyną i widzę świat inaczej, niż faceci tworzący muzykę.
Na swoim koncie macie dwa teledyski – do wspomnianego „Białego kaftanika” i najnowszego, promującego kolejną płytę, „Procesu”. Czy wideo klipy to jedynie forma promocji, czy naprawdę można obrazem pokazać interpretację tekstu i dopełnić muzykę? Takie rzeczy są ważne w Waszej działalności?
Żeby tak w pełni odzwierciedlić wartość tekstu, potrzeba dość dużych nakładów finansowych. Zrobienie teledysku to przecież spore przedsięwzięcie, a my obydwa nakręciliśmy zerowym kosztem – i to dosłownie. Wszyscy, którzy w tym uczestniczyli, działali absolutnie charytatywnie i po przyjacielsku. Nie oszukujmy się, one są, jakie są. Jednak na pewno nie abstrahują kompletnie od tekstu i nie są zapisem przypadkowych scen. W miarę możliwości chcieliśmy coś konkretnego przez nie powiedzieć. A czy uważam, że są ważne? Dla mnie są i to bardzo! Czasami zupełnie inaczej odczytuję piosenkę po obejrzeniu teledysku i przekonuje się do niej na nowo. Wizualizacja z pewnością zachęca do słuchania i poprawia jakość dźwięku.
Nie sposób zatem nie spytać o nadchodzącą płytę. Z promomixu, który miałem okazję usłyszeć, i tego, co zaprezentowaliście na koncercie, wnioskuję o dość poważniejszym podejściu do sprawy. Jak oceniasz pracę nad płytą i czego możemy się spodziewać?
Wydaje mi się, że ta płyta będzie diametralnie inna od poprzednich. Dalej gramy ten sam gatunek, ale muzyka poszła znacznie do przodu. Piosenki zarejestrowane na pierwszej płycie były niejako zlepkiem tworów z ostatnich 7–9 lat. Teraz powstał zupełnie świeży materiał na przestrzeni roku. Jak dla mnie bardzo emocjonalny i jestem z niego niezwykle dumna i z nim związana. Wierzę w to, że z tym materiałem uda się coś większego, bo jeżeli nie teraz, to ja się chyba poddaję! Naprawdę uważam, że stworzyliśmy coś ciekawego, fajnego i jest to oryginalna propozycja.
Supportowaliście Kult. A gdyby Wam przyszło wyruszyć teraz w wielkie promocyjne tournée, kogo sami wzięlibyście na współtowarzysza grającego przed Plagiatem199?
Grywamy z kilkoma zespołami, nieco młodszymi od nas, z którymi bardzo się lubimy. Najczęściej chyba z zespołem A-front z Gliwic i myślę, że wyraziliby szczerą chęć pojechania z nami w taką trasę, bo darzymy się dużą sympatią i tworzymy w miarę podobną muzykę. Fajnie by się razem grało, chociaż trasa to jest ciągle wielkie marzenie i chyba jeszcze daleko do takich przedsięwzięć.
Na ile poważnie traktujecie to, co robicie? Muzyka jako przygoda, wyjazdy, imprezy… Czy faktycznie wiążecie z nią jakieś szersze plany na przyszłość, formę zarobku?
Marzenia rozbijają się o rzeczywistość. Ja strasznie mocno wierzę w muzykę, w to, że będziemy grać, że da się zrobić w Polsce coś z niczego, przebić się i wszystko się uda. Myślę, że chłopaki, zwłaszcza starsza część zespołu, jak chociażby sekcja dęta, trochę już zweryfikowała te marzenia. Niektórzy dobiegają trzydziestki albo są już po i przestają wierzyć w to, że nagle się uda i gwiazdka spadnie nam z nieba. Ja dalej wierzę, że podołamy. Szczerze powiedziawszy, nie umiem robić nic innego w życiu, jak pisanie tekstów i śpiewanie, i chciałabym po prostu iść ciągle w tę stronę. Myślę, że drzemie w nas wszystkich nadzieja, żeby się udało. Nie marzymy o jakichś wielkich, kilkutysięcznych koncertach, ogromnej kasie czy niesamowitej sławie. Dla nas sukcesem jest taki koncert, jak tutaj. W mieście, w którym gramy drugi raz, ludzie przychodzą, bawią się i jest fajny koncert. W muzyce na drugi plan schodzą popularność i pieniądze, kiedy czujesz, że to, co robisz, daje ci radość i podoba się ludziom.
Rozmawiał: Łukasz Porębski
Foto: Strona zespołu – www.plagiat199.pl