O 22.30 w sali teatralnej Impartu rozpoczął się drugi koncert trzeciego dnia 46. „Jazzu nad Odrą”, w którym wystąpił zespół Grzecha Piotrowskiego, prezentujący materiał z jego ostatniej płyty zatytułowanej „Emotronica”. Po przerwie natomiast zagrał norweski pianista, kompozytor i producent muzyczny, Bugge Wesseltoft.
Ostatnio sporo słuchałem płyt niezapomnianego zespołu E.S.T oraz Jana Garbarka. Podobne dźwięki usłyszałem w wykonaniu polskich jazzmanów. Skojarzenia ze skandynawskimi klimatami były dla mnie tak oczywiste, że natychmiast zanotowałem w notesie: E.S.T. z saksofonem... Ale to były tylko pierwsze wrażenia. Grzech Piotrowski zagrał niezwykle energetyczny koncert. Wypełniony zarówno jego indywidualnymi popisami na saksofonie, jak i wirtuozerską grą Pawła Kaczmarczyka na instrumentach klawiszowych, solidnym wsparciem Michała Barańskiego na kontrabasie i gitarze basowej, pięknymi tłami gitary Roberta Cichego oraz wspaniałą grą perkusisty, Grzegorza Grzyba. Jego solówka wbiła w krzesła licznie zgromadzoną publiczność, a muzyków zespołu porwała do spontanicznych reakcji.
Grzech Piotrowski umiejętnie i z ogromnym wyczuciem dyrygował kolegami, sam wkładał sporo energii w swoją grę i w rezultacie usłyszeliśmy piękne połączenie wielu gatunków muzycznych w wykonaniu zespołu, w którym nastąpiły przecież dwie ważne zmiany w porównaniu z zapowiadanym składem: zamiast P. Żaczka grał M. Barański, a G. Grzyb zjawiskowo zastąpił R. Lutego.
Występ Bugge Wesseltoft'a był prawdziwą ucztą muzyczną i plastyczną. Za pomocą skromnego zestawu, wspomagającego elektronicznie fortepian, artysta zaprosił nas w podróż do krainy świeżych, nowoczesnych brzmień, eksperymentów, ale i głęboko osadzonej tradycji. Brawurowo zagrana wersja znanego standardu D. Brubecka, „Take Five", wzbudziła prawdziwy entuzjazm fanów jazzu, jak i miłośników elektronicznych prób z wykorzystaniem między innymi komputerów, palmtopa, tamburynu, klaszczących dłoni oraz... własnego głosu.
Nieodparcie nasuwały się porównania z koncertem Pata Methyny'ego. Dla mnie z ogromną przewagą na rzecz Norwega. I choć jego zestaw mieścił się, poza fortepianem oczywiście, w dwóch niewielkich kontenerkach wielkości średnich walizek – efekt przerósł moje oczekiwania. Piękne wizualizacje, obrazy z małych kamer przymocowanych do fortepianu i przetworzonych przez komputer były wspaniałym uzupełnieniem warstwy muzycznej koncertu. Tymczasem ogromna instalacja Pata rozpraszała moją uwagę – błyskające światełka kojarzyły się bardziej z jarmarkiem, a sam gitarzysta wydawał mi się lekko w tym wszystkim zagubiony.
Wspaniała noc jazzu nie zakończyła się o godzinie drugiej po północy. W sąsiedniej sali klubowej trwał bowiem do białego rana wspaniały jam – spontaniczne granie muzyków różnych pokoleń, narodowości, doświadczenia i umiejętności. Tej nocy, mimo upływu tylu lat od moich pierwszych kroków stawianych w krainie jazzu, poczułem się wiele, wiele młodszy.
Tekst: Lech Basel