Jedną z rzeczy, która zwróciła moją uwagę podczas oglądania promocyjnych materiałów „Nostalgii Anioła” Petera Jacksona, był fakt, że reżyser „Władcy Pierścieni” niemiłosiernie schudł. Wyglądający kiedyś jak sympatyczny, pocieszny hobbit (podobno lubił nawet chodzić na planie boso), przypomina teraz jednego z hollywódzkich tuzów: wystylizowanego, wyrachowanego biznesmana. Osobiście wydało mi się to niepokojące, ponieważ zawsze traktowałem tego „zarośniętego grubaska” jako lekko zbzikowanego pasjonata kina fantasy, który tylko przypadkiem zaplątał się w Hollywood. Czy Jackson dał się w końcu pożreć „Fabryce Snów” i został reżyserem na zawołanie? Czy w tym duchu powstała „Nostalgia Anioła”? Odetchnąłem z ulgą już po pierwszych minutach filmu.
Główną bohaterkę, Suzie Salmon (Saoirse Ronan), poznajemy na kilka dni przed jej brutalnym morderstwem. Ta czternastolatka, wchodząca właśnie w wiek młodzieńczy, jest ucieleśnieniem dziecka chłonącego życie we wszystkich jego
aspektach. Pierwsze fascynacje, pierwsze przyjaźnie i wreszcie pierwsze miłosne zauroczenia. Jackson umiejętnie buduje postać dziewczynki, która rozpoczyna dopiero życie, tylko po to, aby w nagły, bezwzględny i brutalny sposób je zakończyć. Suzie zostaje zamordowana i trafia po śmierci do miejsca między niebem a ziemią. Z tej perspektywy może obserwować swoich bliskich, próbujących uporać się z jej śmiercią, a także swojego mordercę (Stanley Tucci), przygotowującego się do kolejnego uderzenia. Jej ojciec (Mark Whalberg), nie mogąc pogodzić się ze stratą córki, wpada w coraz większą paranoję, szukając zabójcy. Siostra natomiast jest bliżej prawdy niż przypuszcza, przez co ściąga na siebie olbrzymie zagrożenie. Widząc to wszystko z zaświatów, Suzie stara się pomóc najbliższym, przez co nie może odbyć podróży do miejsca, gdzie wszelkie wspomnienia przestają mieć znaczenie.
Historia „Nostalgii Anioła” toczy się w dwóch światach. Z jednej strony mamy liniową rzeczywistość, z drugiej świat astralny. Jackson stara się prowadzić opowieść dość czytelnie. Przeciętny widz nie do końca jest w stanie zaakceptować abstrakcyjne wizje ze świata nadprzyrodzonego. Mimo że są one dość okazałe, stają się po jakimś czasie tylko efekciarskim obrazem. Pasjonat kina z pewnością doceni wizualność, która w połączeniu z oniryczną muzyką robi wrażenie chwytające za serce. Na myśl może przyjść głośny niegdyś film „Między niebem a piekłem”, gdzie Robin Williams po swej śmierci szuka żony w zaświatach. Tutaj nadnaturalnych pejzaży jest o wiele mniej. Jackson skupia się na wątku rodziny i przede wszystkim na wątku George’a Harveya, mordercy, który okazuje się całkiem niezłym zwyrodnialcem.
W postać tę wcielił się Stanley Tucci, drugoplanowy aktor znany głównie z ról charakterystycznych. Był to strzał w dziesiątkę – zdobył nawet nominację do Oskara. Tajemnicą poliszynela jest fakt, że najciekawsze role mają zazwyczaj aktorzy, którzy wcielają się w postacie wykolejone. George Harvey jest tak „porąbany”, że Hanibal Lecter mógłby gotować mu obiad (koniecznie wątróbkę).
„Nostalgię Anioła” oceniam bardzo dobrze. Jackson buduje opowieść nieszablonowo – stawia na nastrój i klimat. Opiera się na obrazie i muzyce. Nie boi się skonfrontować brzydoty i wewnętrznej zgnilizny Harveya z czystością i pięknem Suzie. Historię pchają do przodu nie pragmatyczne zdarzenia, a emocje i przeżycia bohaterów, nie zawsze podane wprost. To bardzo ważne w kinie, aby widz przestał tylko „oglądać”, a zaczął „czuć”. Być może jest to jakiś rodzaj sztuki.
Jestem spokojny o dalsze losy Petera Jacksona. Reżyser powiedział kiedyś, że nie interesuje go w kinie rzeczywistość. Film ma być fantazją, bajką, kluczem do innego świata. Kinematografia daje w dzisiejszych czasach tak wiele możliwości, że szkoda byłoby marnować je na szarą rzeczywistość. Nie martwię się zatem o ten gatunek filmowy. Hollywood ma duży respekt przed Jacksonem, który sukcesem komercyjnym wywalczył sobie niezależność artystyczną i dzięki temu wciąż może realizować swoje fantasmagorie.
Tekst: Wiktor Fisz
Foto: Materiały prasowe